
Kolory zła: Czerwień, czyli adaptacja pierwszego tomu cyklu książek Małgorzaty Oliwii Sobczak, była całkiem niezłym kryminałem. Po filmie postanowiłem sięgnąć po same powieści. Nie jestem fanem Czerni, ale postanowiłem dać szansę ekranizacji. Miałem już okazję obejrzeć film i niestety powiela on błędy literackiego oryginału, a pewne zmiany nawet uwypuklają słabe punkty historii. Jeśli szukacie dobrego, mrocznego kryminału na wieczór, to raczej omińcie nową produkcję Netflixa i poszukajcie w czymś, co zaoferuje wam ciekawszą intrygę i bohaterów.
Co najciekawsze, sama produkcja zaczyna się naprawdę dobrze. Twórcy potrafią odpowiednio zarysować intrygę, swoją drogą interesującą, a potem jeszcze przechodzić przez kilka tropów i je mylić. Jednak gdzieś na wysokości drugiego aktu nagle wszystko rozpada się jak domek z kart. Prowadzona sprawnie po sznurku zagadka kryminalna zaczyna się sypać, scenarzyści nie potrafili utrzymać napięcia i sprawnie rozplątać wszystkich elementów układanki. To sprawia, że finał historii jest bardzo skrótowy i zrobiony po prostu po macoszemu. To wygląda tak jakby osoby odpowiedzialne za projekt nie traktowały widza na serio i nie wierzyły w jego inteligencję.
Nie cierpię takich produkcji kryminalnych, gdzie dostaje ciekawe tropy, główny bohater głowi się na nimi i to wszystko wygląda dobrze, by ostatecznie cała zagadka zamknęła się w scenie jednego przebłysku geniuszu protagonisty, dodatkowo podrzucając wątek, którego nawet wcześniej w historii nie było. To myślenie typu dobra, zapomnieliśmy, że ta postać jest mordercą, a to damy ją w retrospekcji w trzecim akcie. Nie jest to sposób pisania, który sprawi, że widz wejdzie w pełni w historię, raczej w pewnym momencie poczucie narracyjny chaos ze zdwojoną siłą. Bowiem tak naprawdę można nazwać to, co obejrzałem. To chaos, ale nie taki artystyczny, który jest cool, raczej zwykły scenopisarski bałagan. Biorąc pod uwagę tematyczny ciężar produkcji, sprawia to ból, bo ciężka, mroczna i ważna historia nie wybrzmiała w pełni.
Jakub Gierszał ciągnie tę produkcję na swoich barkach. To zadanie udaje mu się do połowy, bo później już za bardzo tekst nie pozwala mu się wykazać. Aktor jednak dwoi się i troi, za co mu chwała i uznanie. Szkoda tylko, że nie wykorzystano potencjału reszty obsady, bo źle ogląda się, gdy tak zdolni aktorzy i aktorki jak Andrzej Chyra, Robert Gonera czy Marianna Zydek nie mają czego grać, albo wchodząc w schematy albo snując się gdzieś za plecami Gierszała. Szczególnie przy tej ostatniej literacki oryginał pozwalał na o wiele więcej interesujących wątków, ale zostały one wyczyszczone na etapie scenariusza.
Kolory zła: Czerń nie jest udanym kryminałem i dobrym filmem. Potencjał tej historii gdzieś zanika na wysokości drugiego aktu rozpoczynając festiwal niewykorzystanych okazji.