
Peaky Blinders w swoim szóstym sezonie miało bardzo dobre, otwarte zakończenie, które zmuszało do refleksji i rozkminy nad dalszymi losami Tommy'ego i spółki. Dlatego zastanawiałem się czy jest sens robić filmową kontynuację, która ma stanowić zamknięcie historii. Tak naprawdę nie było potrzeby tego robić. Jednak za sterami po raz kolejny stanął Steven Knight, który bardzo dba o swoje najsłynniejsze twórcze dziecko. Miałem już okazję obejrzeć film i mogę stwierdzić, że jest to bardzo dobry film, choć niepozbawiony wad.
Historia stanowiąca punkt wyjścia, czyli fałszywe funty, którymi naziści próbują doprowadzić do gospodarczego upadku Wielkiej Brytanii, jest niezła. Co ciekawe została oparta na prawdziwych wydarzeniach, czyli Operacji Bernhard. Twórcy poszli w niej w widowiskowość, jednak stonowaną, charakterystyczną dla serialu, która nie przykrywa aspektów opowieści. Sceny akcji, których nie jest dużo, bardzo dobrze uzupełniają sprawnie poprowadzoną narrację. Akcja napędza fabułę, a nie stanowi tylko przerywnik dla mniej wytrwałego widza. Szczególnie finałowa sekwencja mieści w sobie nieco suspensu i niezłe pomysły realizacyjne.
Oś fabularna dotycząca wspomnianej misji destabilizacyjnej jednak nie jest tak naprawdę głównym wątkiem, ale raczej stanowi bardzo sprawnie utkane tło dla innego, o wiele ważniejszego elementu opowieści. Bowiem najnowszy film jest bardziej historią ojca i syna, przekazania dziedzictwa, niż kolejną historią gangsterską,. Chociaż nie martwcie się, typowych dla Peaky Blinders elementów również znajdziecie w omawianym filmie sporo. Wystarczy choćby pierwsza scena, w której spotykamy Duke'a lub sekwencja pierwszej od dawna wizyty Tommy'ego w pubie Garrison i już wiesz, że to nadal Peaky f**king Blinders pełną gębą. Szczególnie ta druga to sznyt budowania napięcia przez Stevena Knighta na poziomie scenopisarskim.
Jednak najmocniejszym aspektem historii jest właśnie relacja Tommy'ego i Duke'a. Peaky Blinders to zawsze była historia rodzinna i w omawianym filmie twórcy dobitnie to pokazują. Cillian Murphy świetnie rozpoczyna jako zmęczony życiem, styrany emocjonalnie Tommy, by potem wejść na obroty lidera i tytułowego nieśmiertelnego. Na kontrapunkcie do niego bardzo dobrze odnalazł się Barry Keoghan, który pokazuje Duke'a starającego się iść na skróty, aby dogonić legendę ojca i przez to jego plan się wykoleja. Panowie są w filmie jak ogień i woda i to działa. Ta mentorsko-rodzinna relacja pełna sprzeczności sprawdza się na każdym etapie historii, choć niektóre momenty są przewidywalne.

Miło było spotkać znowu na ekranie takie postacie jak Curly, Ada czy Charlie, którzy nadali sentymentalny wyraz opowieści. Jednak mam pewien problem z nowymi, które otrzymaliśmy na drugim planie. Tim Roth jest całkiem niezły jako główny złol produkcji, ale ciągle miałem poczucie, że brakuje jakiejś kropki nad i, aby jego kreacja była pełna. Niby wszystko na miejscu, ale masz po seansie poczucie niedosytu. To samo tyczy się Rebekki Ferguson. Pierwsza scena z jej udziałem jest bardzo dobra, zarówno pod względem dialogowym i aktorskim, ale potem bohaterka gdzieś znika, aby pojawiać się na kilka chwil w ważnych momentach. Chciałoby się więcej. Mogę doczepić się również do finału, który jest nastawiony trochę za bardzo na pompatyczność i wzruszenie. Zdecydowanie bardziej podobała mi się niedopowiedziana konkluzja z serialu. W tym wypadku wszystko jest zbyt oczywiste.
Gdyby nie średni finał i niedosyt przy niektórych kreacjach aktorskich, Peaky Blinders: Nieśmiertelny byłby filmem znakomitym, pełną konkluzją historii Toma Shelby'ego i spółki. A tak jest "tylko" bardzo dobrą produkcją, która broni się również jako samodzielny byt, oderwany od ikonicznego serialu-matki.