
The Boys to produkcja, która od kolejnej wariacji na temat widowisk superbohaterskich stała się prawdziwym, popkulturowym fenomenem, wyprzedzając swój komiksowy pierwowzór. Z każdym sezonem twórcy starali się przekraczać granicę coraz bardziej szalonych pomysłów oraz szokowania widzów, ale miało to swój styl i cel. Bowiem pod płaszczem widowiska o superbohaterach, makabry i czarnej komedii, produkcja kryła satyrę na otaczający nas świat oraz mocny komentarz dotyczący poważnych spraw między innymi ogłupiania ludzi przez media społecznościowe. Każda seria dowoziła i teraz przyszedł czas na finałową odsłonę. Miałem do dyspozycji sześć z ośmiu finałowych odcinków. Po ich obejrzeniu bardzo żałuje, że nie widziałem wszystkich ośmiu, bo oczekiwanie na dwa ostatnie epizody po sześciu tak świetnych będzie męczarnią.
Nowe odcinki The Boys są jak koncert kultowego zespołu promującego swoją nową płytę. Mamy do dyspozycji dobre nowe kawałki, ale również znakomite stare hity. I to jest najlepsza analogia do tego, co do tej pory zobaczyłem w finałowej odsłonie. Twórcy plotą bardzo dobrą intrygę w piątym sezonie, okalając ją ciekawymi, nowymi wątkami pobocznymi. Jednak przy okazji wykorzystują elementy z poprzednich sezonów, nawet z pierwszego, aby pewne historie otrzymały satysfakcjonująca klamrę. Nie mogę za bardzo wdawać się w szczegóły, aby nie wchodzić w rejony spoilerów. Jednak mogę ujawnić, że niektóre postacie zostaną poddane swoistemu katharsis. Przy tym wspomniane wątki nie powodują, że twórcy odchodzą od głównej narracji. Raczej jest to bardzo spójna kompozycja.
Przez lata twórcy serialu przyzwyczaili nas do popieprzonych pomysłów w historii, które były makabryczne, bardzo obrazowe, czasami obleśne, ale w tym szaleństwie była metoda, która wzbudzała mój podziw, czy szczery uśmiech. Nowy sezon to nadal stara dobra jazda po bandzie. Oczywiście ciężko jest przebić to, co widzieliśmy do tej pory na ekranie pod względem kreatywności i kontrolowanego hardkoru, ale jakoś to się udało. W sześciu odcinkach mamy do czynienia z bardzo pomysłowymi walkami, kolejnymi porąbanymi mocami supków czy świetnie wykorzystanymi gościnnymi występami (pozdro Jared Padalecki). Przy tym piąty sezon znakomicie łączy w sobie różne konwencje, od dramatu więziennego, przez post-apokaliptyczny horror w stylu The Last of Us czy nawet pojawia się wątek religijny. To wszystko w jakiś dziwny sposób gra z historią w piątym sezonie.
W finałowej odsłonie świetnie prezentuje się wątek relacji Homelandera i Soldier Boya, w którym nienawiść miesza się z szacunkiem. Panowie są jednymi z najbardziej toksycznych duetów ojciec-syn w historii seriali, ale to sprawia, że ogląda się to z przyjemnością, nawet w tych najbardziej makabrycznych momentach. Chociaż nie będę ukrywał, że w pewnym momencie zaczęło mi przeszkadzać, w jakie rejony schodzi wątek Homelandera w finałowym sezonie. Jednak gdzieś na wysokości szóstego odcinka zostało to skorygowane. Całkiem niezłym pomysłem twórców było, aby w jednym z epizodów prawie każdy członek Siódemki otrzymał swoje pięć minut. Przez to postacie takie jak Black Noir czy Firecracker nabrały głębi, a nie były nadal tylko bezmyślnymi bulterierami Homelandera.

Nasza tytułowa ekipa w finałowych odcinkach prezentuje się chyba najbardziej toksycznie jak do tej pory, a myślałem, że już bardziej się nie da. Jednak, jak w przypadku Soldier Boya i Homelandera, to działa na ich korzyść. Nienawidzą się, kochają, obrażają, wchodzą na autodestrukcyjną ścieżkę, a potem wchodzą za sobą w ogień. Ja to wszystko kupuje, bo nie ma w tym ani grama fałszu. Aktorska ekipa doskonale podaje swoje wątki, z których wyróżniłbym ten Annie. Stanowi on domknięcie rodzinnego elementu fabuły Starlight.
Bardzo dobrze prezentuje się również watek miłosnej relacji Kimiko i Frenchiego. Trochę nie mogłem się przyzwyczaić do tego, że Kimiko mówi, ale twórcy mieli pomysł jak wykorzystać tę nowość, co wypadło nieźle. Natomiast wspomniana więź jest ujmująca w ten bezpretensjonalny, ludzki sposób. Natomiast Billy w nowym sezonie już w pełni uzyskał status bezdusznego dupka. Spokojnie można porównać jego drogę do ścieżki choćby Anakina Skywalkera, bo zdecydowanie po tym co zobaczyłem bliżej mu do Homelandera. W tym wypadku ta metamorfoza jest ogromnym plusem dla całej historii.
Finałowy sezon The Boys to jazda bez trzymanki, za jaką pokochałem produkcję. Tak właściwie wszystko się tu zgadza, począwszy od rozwoju postaci, na hardkorowych pomysłach inscenizacyjnych kończąc. Jeśli dwa ostatnie epizody będą takie jak sześć, które widziałem, to będzie znakomite zwieńczenie tej historii.