
Soren Sveistrup dał światu już dwa dobre seriale kryminalne, mianowicie oryginalne The Killing i jego amerykańską wersję. Jednak również jako pisarz zadebiutował w znakomitym stylu. Jego Kasztanowy ludzik był czymś, za co kocham skandynawskie kryminały. To mroczna, zagmatwana zagadka kryminalna z ciekawym duetem policyjnym w rolach głównych. Na powieści oparto pierwszy sezon serialu. Sveistrup w zeszłym roku wydał kolejną książkę o duecie Hess-Thulin pod tytułem Zabawa w chowanego. Netflix jakby czekał na premierę, ponieważ bardzo szybko historia stała się 2. sezonem produkcji. Dostałem kolejne sześć odcinków i stwierdzam, że nowa odsłona jest nawet lepsza od i tak dobrej debiutanckiej serii.
Od razu zaznaczę, że znałem fabułę i zwroty akcji, ponieważ czytałem książkowy pierwowzór. Jednak twórcy walnęli mnie pewną sporą zmianą w stosunku do powieści w stylu pierwszego aktu The Last of Us: Part II (kto wie o co chodzi, ten wie o chodzi). To spowodowało emocjonalny burdel w mojej głowie, aż musiałem zrobić sobie chwilę przerwy od oglądania. Była to zmiana, którą mogę jednocześnie zaliczyć na plus i minus. Plus jest taki, że wybiła emocjonalną stawkę historii pod korek, a minus, że chciałbym zobaczyć pewną postać w kolejnych odcinkach, bo polubiłem ją przez te epizody (kurcze, ciężko piszę się tę recenzję unikając spoilerów).
Jednak abstrahując od tego jednego ogromnego twistu fabularnego, to 2. sezon Kasztanowego ludzika to kawał bardzo dobrego skandynawskiego thrillera kryminalnego. Twórcy zmyślnie budują intrygę na kilku płaszczyznach, gdzie nagle w śledztwie zaczyna liczyć się sprawa z przeszłości, by za chwilę dołączyła kolejna sprawa z jeszcze dalszej przeszłości. Fabuła nie wysypuje się na żadnej płaszczyźnie, tropy są dobrze mylone i wszystko dopina się w odpowiednim momencie.
Jednak jak to przystało na Skandynawów, w ich historiach kryminalnych bardzo ważne jest tło społeczne, rodziny ofiar, relacje między śledczymi. To wszystko bardzo dobrze działa i przeplata się ze sobą. Nie czułem chaosu, że dostałem za wiele wątków i postaci, wszystko bardzo dobrze płynie przez te wszystkie sześć odcinków. Gdy trzeba, żeby coś kliknęło na miejsce w historii, to robi to bez zgrzytów aż do finału. Nie ma zapychaczy, z książki wybrano same mięcho.

Elementem, który zdecydowanie bardziej podoba mi się w omawianej odsłonie, niż to miało miejsce w poprzednim sezonie, jest relacja Nai i Marka. W nowych odcinkach wchodzi ona na zdecydowanie bardziej emocjonalny i intymny poziom. Wczułem się w to powracające między nimi uczucie. To wszystko bardzo dobrze dopełnia postać Le, córki Thulin, która świetnie współgra z policyjnym duetem. Gdy nie dostajemy mrocznego kryminału, dużo tutaj chwytającego za serducho skandynawskiego dramatu. Jest radość i smutek, a czasem bohaterowie zostają tak przeczołgani psychicznie przez twórców, że głowa mała. Ale zarazem są to postacie, z którymi wchodzę w ten mroczny świat i daje się im prowadzić przez wiwisekcję popieprzonego zła kwitnącego w ludziach.
Kasztanowy ludzik w 2. sezonie jest jeszcze lepszy niż to miało miejsce w premierowej odsłonie. To rasowy nordic noir, który pokazuje jak powinno się robić mroczne i wciągające kryminały. Jak najbardziej polecam.