Citadel - recenzja 2. sezonu serialu. Szpiedzy tacy jak my

Citadel, czyli jeden z najdroższych seriali wszechczasów, powrócił z 2. sezonem. Obejrzałem już całość. Oto, jak oceniam produkcję.

Citadel sezon 2
fot. Prime Video

Jarałem się przed premierą pierwszego sezonu Citadel. Serial będący thrillerem szpiegowskim, czyli jednym z moich ukochanych gatunków, post-Avengers bracia Russo za sterami, całkiem dobra obsada i do tego ogromny budżet. To zapowiadało naprawdę jakościowy serial, który mógł stać się hitem. Na moje i innych widzów nieszczęście produkcja ostatecznie okazała się wtórnym bublem, ze słabą historią i scenami akcji, w których w ogóle nie widać tego ogromnego budżetu. Do drugiego sezonu podchodziłem już z ogromnym dystansem. Dlatego tym razem nie zawiodłem się, gdy nowa odsłona ponownie okazałą się czymś w stylu tanich sensacyjniaków z lat 80.

Przede wszystkim w omawianej odsłonie znowu kompletnie nie widać pomysłu twórców na opowieść i bohaterów. Mam tu podobny problem, jaki miałem niedawno przy oglądaniu Wichrowych wzgórz. Mianowicie nie polubiłem żadnej postaci, nie było takiej, z którą mógłbym pójść przez nawet kiepską opowieść. Każda bohaterka i bohater w tym serialu są tak odpychający, jak to tylko można, ze swoimi kiepskimi motywacjami i kręgosłupami moralnymi z gumy. Tak naprawdę broni się tylko Bernard, ale to tylko ze względu na charyzmę Stanleya Tucci, bo Orlick został bardzo kiepsko napisany. Zresztą jak wszyscy obecni w historii protagoniści i złoczyńcy.

Co ciekawe w produkcji ciężko określić, kto jest głównym bohaterem, bo drugi sezon dokładnie pokazuje, że takiego nie ma i scenarzyści nie wiedzą jak poprowadzić poszczególne wątki postaci. A przy niektórych wybierają tak głupie sposoby zakończenia ich historii, że to aż mnie fizycznie bolało. Mason i Nadia to strasznie kiepski duet, co po części wynika ze sposobu ich napisania, ale również z gry aktorów. Richard Madden i Priyanka Chopra-Jonas nie dają rady trzymać produkcji na swoich barkach. Niestety nie mają wsparcia w drugim planie oprócz wspomnianego Stanleya Tucci. Jack Raynor tak szarżuje w swojej kreacji, że po 20 minutach jego postać męczy. Na postacie Abby nie było pomysłu, a Matt Berry to absolutnie niewykorzystany potencjał. A po drugiej stronie nie jest lepiej, a nawet gorzej, bo główny antagonista jest jednym z gorszych elementów całego sezonu. Na początku zapowiada się dobrze, ale im dalej w las, tym gorzej, a finał jego drogi w serialu to śmiech na sali.

Gdy obejrzałem zwiastun historia wydawała mi się naprawdę ciekawa, z główną intrygą w stylu Przeżyliśmy wojnę, Kandydata czy nawet W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości. Jednak ostatecznie motywacja złola, sposób przeprowadzenia głównego wątku czy jego finał absolutnie usunęły cały potencjał z opowieści, zostawiając kliszę na kliszy. Ilość głupot fabularnych i dziur logicznych nie pomagała w oglądaniu. Czasami łapałem się za głowę, jak scenopisarsko można było coś takiego stworzyć. Główny bohater chce uciec z niewoli, to sprawmy, aby główny złol przypadkiem zostawił mu broń pomocną w ucieczce. Zdobyliśmy kod do otwarcia drzwi w siedzibie CIA, ale po co nam on jak w drzwiach je nieodporna na kule szybka, którą spokojnie można rozwalić. Zatem plan zdobycia kodu można było od razu wywalić do śmieci. Takich głupotek jest kilkadziesiąt na przestrzeni siedmiu odcinków. A dialogi to już szczyt cringe'u, bo w wielu momentach są albo śmieszne w ten zły sposób albo idiotyczne. Bronią się tak naprawdę tylko sceny akcji, bo sekwencje walki są na bardzo dobrym poziomie, ale nie zmienia to faktu, że nie było takiego momentu, żeby w mojej głowie pojawiła się myśl Wow, jak to jest dobrze zrobiona i widowiskowa scena akcji. Oprócz choreografii walki wręcz nie było czegoś, co sprawiłoby opad szczęki.

Citadel nie poprawia poziomu w swoim drugim sezonie. Raczej powiela błędy debiutanckiej odsłony i nawet je wyolbrzymia. Mógł to być naprawdę dobry thriller, a jest karnawał niewykorzystanego potencjału.

Ocena:
Podziel się

DODAJ KOMENTARZ

secretcats.pl - tworzenie stron internetowych