
Nie będę ukrywał, jestem wielkim fanem Jo Nesbo, przede wszystkim serii książek o Harrym Hole. Jak wiadomo była już jedna próba ekranizacji, hollywoodzka, która zakończyła się tragicznie. Pierwszy śnieg z Michaelem Fassbenderem w roli głównej wydawał się mieć wszystko na papierze. A skończyło się kompletną klapą i całkowitym zmarnowaniem potencjału materiału źródłowego. Teraz Netflix podjął kolejną, tym razem serialową próbę, co wydaje się o wiele lepszym rozwiązaniem. Nowy projekt to również skandynawska koprodukcja, czyli za historię norweskiego policjanta wzięli się lokalni twórcy. Miałem już okazję obejrzeć wszystkie dziewięć odcinków pierwszego sezonu i stwierdzam, że szansa na zrobienie dobrego serialu o Hole została wykorzystana.
Przede wszystkim nowy serial Netflixa sprawdza się znakomicie jako rasowy kryminał, charakterystyczny dla produkcji skandynawskich. Czytałem książkę, na podstawie której zrobiono odsłonę (chociaż scenarzyści wpletli wątki również z dwóch innych powieści, Czerwonego gardła i Trzeciego klucza), więc nie mogę oceniać głównej intrygi pod względem budowania zaskoczenia. Jednak patrząc na to obiektywnie twórcy bardzo dobrze prowadzą kryminalną zagadkę, z którą mamy do czynienia w serialu, czyli śledztwo w sprawie seryjnego mordercy.
Seryjniacy to dość mocno już przerobiony w popkulturze temat i trzeba mieć ciekawy pomysł, aby intryga zadziałała na ekranie. W tym wypadku mamy do czynienia zarówno z interesującą koncepcją oraz sprawnym poprowadzeniem, z myleniem tropów i dobrym twistem na końcu. W kryminalnych zagadkach, zarówno w powieściach jak i serialach czy filmach główny szczegół, który kieruje na tożsamość mordercy, musi być tak zgrabnie podany, by widz o nim zapomniał pod natłokiem innych wątków. Tak stało się w przypadku omawianej produkcji, za co spory plus. Odpowiednie pomieszanie z poplątaniem.
Skandynawskie kryminały zawsze dla mnie wygrywały przynajmniej w czterdziestu procentach swoim wyjątkowym, mrocznym i dusznym klimatem. Mimo że w omawianej produkcji mamy do czynienia raczej z upalnym Oslo, to jednak twórcy zadbali o to by miasto i jego mieszkańcy nie kojarzyli się z beztroskimi wycieczkami. Tego klimatu dopełnia fantastyczna ścieżka dźwiękowa składająca się z rockowych klasyków od choćby The Doors oraz oryginalnej muzy od Nicka Cave'a. Od początku dostajemy w twarz aurą, która na myśl przywiodła mi od razu Siedem Davida Finchera. Nie ma fajerwerków, akcji i mocnego podziału na dobrych i złych. Jest raczej mrok, brud i moralna szarość, które grają bardzo dobrze w zaproponowanej przez twórców konwencji. Przy okazji twórcy nie bawią się w subtelności z widzem. Jest brutalnie, a niektóre sceny są bardzo sugestywne. Jednak takie podanie wynika z czegoś i do czegoś prowadzi w ciągu przyczynowo-skutkowym. Nie jest to tylko nastawione na szokowanie widza.
W tym wszystkim nie wspomniałem jednak jeszcze o najmocniejszym punkcie produkcji. Mianowicie chodzi o pojedynek między Harrym a jego osobistym nemezis, Tomem Waalerem. Byłem ciekaw jak Tobias Santelmann i Joel Kinnaman poradzą sobie z tymi kreacjami. Okazuje się, że poradzili sobie znakomicie i stanowią o sile produkcji. Obydwaj to znakomicie napisane i zagrane postacie. Nawet nie stanowią swoich przeciwieństw. Przez większość czasu oglądania produkcji czuje się, że goście spokojnie mogliby zbić sobie pionę i zostać najlepszymi ziomkami od kieliszka i zbrodni.

Jednak istnieje bardzo cienka granica między nimi, na której zdolni aktorzy poruszają się ze swoimi kreacjami. A robią to znakomicie, a Kinnamana jeszcze nie widziałem w tak dobrej roli. Panowie trzymają produkcję na swoich barkach i tak naprawdę główna intryga kryminalna jest powodem, aby zgłębić ich pojedynek. Obydwa wątki świetnie przeplatają się ze sobą. Jest w tym napięcie i energia, ogląda się to naprawdę dobrze. Wszystko działa jak w dobrze naoliwionej maszynie, czy tam pistolecie, nawiązując do tematyki w serialu.
Harry Hole to produkcja, na którą bardzo czekałem w tegorocznym sezonie serialowym. Miałem duże oczekiwania i zostały one spełnione. Nowy projekt Netflixa to bardzo dobry, rasowy kryminał, ze znakomitymi kreacjami dwóch głównych aktorów. Jak najbardziej polecam jeśli jaracie się mrocznymi, skandynawskimi kryminałami w stylu Mostu nad Sundem.