
Wydaje się, że wszyscy tego potrzebowali. Daredevil: Odrodzenie pokazał dorosłą stronę MCU. Jednak wiele osób czekało aż na pierwszy plan wyjdzie Frank Castle aka Punisher, brutalny mściciel uniwersum Marvela. Miał on już okazję dać popis umiejętności jako wsparcie Diabła Stróża, ale to special pod tytułem Ostatnie starcie dał mu w końcu zagrać pierwsze skrzypce. Czy jest to zacny powrót Castle'a? I tak i nie. Było to dla mnie jak koncert zespołu, który lubię z graniem starych przebojów, ale bez nowych hitów. Produkcja dała mi wszystkie chwyty, które bohater miał już okazję pokazać w serialu Netflixa i jego gościnnych występach. Jednak cały czas pozostawał u mnie niedosyt.
Przede wszystkim dopiero, co zaczynałem wciągać się w historię i akcję, a tu już twórcy wpychają mi napisy końcowe, dziękuje i do widzenia. Tak się nie robi. Nie czuć w omawianej produkcji, że to samodzielna opowieść, raczej przydługi wstęp do roli Punishera w nowym filmie o Spider-Manie. Chociaż bardziej przychodziło mi na myśl, jakbym oglądał pierwszy odcinek nowego sezonu serialu. Dostałem zarysowanie intrygi, sekwencję akcji, zwrot w psychice bohatera i jego postępowaniu. To coś, co powinno znaleźć się w pilotowym epizodzie. Niestety to jest special, który powinien być zamkniętą opowieścią. A tak nie jest. Do tego słabo wykorzystano Ma Gnucci, która ma zadatki na bardzo dobrą antagonistkę. Tutaj otrzymałem wersję demo.
Natomiast dobrą stroną omawianego specialu jest skrótowy, ale całkiem nieźle przedstawiony stan psychiczny tytułowego antybohatera. Bardzo dobrym zabiegiem stylistycznym były wizje Franka przedstawiające jego zmarłych towarzyszy oraz córkę. Castle przechodzi ciekawą matamorfozę na przestrzeni tych niecałych 50 minut produkcji, choć nie jest to coś, czego już nie widzieliśmy wcześniej. Jednak wkurzony Punisher, to najlepszy Punisher. Zdecydowanie bowiem, gdy mściciel wchodzi w tryb bestii, to największe złoto, jakie mogło spotkać ten special. Rozterki moralne i kryzys egzystencjalny są bowiem spoko, ale gdy nad Frankiem kontrolę przejmuje jego gniew, to wówczas dostałem prawdziwe mięcho i clue opowieści. Punisher bez swojej brutalności traci trochę własną tożsamość. Ale na szczęście twórcy o tym nie zapomnieli. Ostatnia scena z Frankiem w trybie zrobiłeś coś złego, musisz zginąć, to mistrzostwo.
Sama długa sekwencja akcji, którą mnie uraczono była bardzo dobra zarówno pod względem inscenizacji, choreografii walki, wszelkich pomysłów na eliminowanie poszczególnych przeciwników. Wszystko się tam zgadzało, chociaż było widać kilka niedoróbek, które pojawiły się w post-produkcji. Jednak ani na moment nie przeszkodziły mi w cieszeniu się z tego krwawego tańca, jaki swoim wrogom urządził Frank na ekranie. Najbliższe skojarzenie, jakie przyszło mi do głowy zaraz po obejrzeniu speciala, to pierwszy Raid. Widać, że twórcy mocno czerpali z tego klasyka kina akcji, a jak już się inspirować, to najlepszymi.
Punisher: Ostatnie starcie ma swoje wady, choćby z powielaniem schematów i kiepskim wykorzystaniem antagonistki. Jednak to kawał niezłego akcyjniaka, z nadal świetnym Jonem Bernthalem. Dobry special, choć bez szału.