
Daredevil: Odrodzenie po wielu zakulisowych zawirowaniach w końcu trafił ze swoim pierwszym sezonem do Disney+ w ubiegłym roku. Produkcja była powiewem świeżości w nieco zatęchłym MCU ze swoją surowością i brutalnością. Jednak mimo bardzo dobrego sezonu nie dało się ukryć, że było w nim kilka elementów do poprawy. Teraz dostajemy kolejny sezon i od początku ląduje on na odpowiednich torach, jeśli chodzi o podejście do bardziej poważnej, pełnej moralnych sprzeczności i mroku strony Kinowego Uniwersum Marvela. Być może, i piszę to z pełną świadomością, jest to najlepsza odsłona ekranowych przygód Diabła Stróża, biorąc nawet pod uwagę doskonałe trzy sezony produkcji Netflixa.
Zresztą tonacją i sposobem prowadzenia narracji oraz niektórymi wątkami, najnowsza odsłona Daredevil: Odrodzenie przypomina mi mój ulubiony, trzeci sezon netfliksowego widowiska. W podobny sposób w obu przypadkach twórcy wędrują w nowojorskie jądro ciemności, przez co dla widza opowieść staje się historią o ludzkiej moralności, mroku trawiącym każdą z postaci a nie tylko serialem superbohaterskim. Dlatego również, w porównaniu do poprzedniej odsłony, najnowsza jest bardziej spójna, nie ma już żadnych zapychaczy, jak to miało miejsce z piątym odcinkiem pierwszej serii.
Wydaje mi się, że omawiany sezon jest również brutalny, brudny i powodujący dyskomfort w taki sposób, jaki powinien być. Od początku historia potrafiła złapać mnie za mordę i trzymać w stanie napięcia i niepokoju. Ta wspomniana ciemność występuje na każdym kroku w serialu, Nowy Jork na ekranie to nie miasto, do którego chciałoby się pojechać na wycieczkę śladem Przyjaciół. Jednak najmocniejszym elementem nowego sezonu i tym najbardziej odczuwalnym jest to, że ma się poczucie, że żadna postać nie jest dobra. Każdej bliżej do strefy szarości lub nawet absolutnego mroku niż do roli rycerzy w lśniącej zbroi i heroicznych wojowniczek. Raz nawet złapałem się na tym, że w jednej scenie trzymałem kciuki, aby postać nawróciła się na dobrą stronę, by za chwilę kompletnie porzucić wobec niej wszelką nadzieję. Takie operowanie na granicy moralności jest bardzo wciągające, ale tylko dobrze wykonane. Tak się stało w tym przypadku.
Główna oś fabuły w omawianym sezonie jest naprawdę dobra, choć zbudowana na kilku kliszach. Historia o odkupieniu miesza się w tym wypadku z opowieścią zemsty, by pod koniec sezonu przejść w bardzo udany i sprawnie napisany pod kątem dialogowym thriller prawniczy. Sekwencje z sądu, w tym jedna z głównym twistem w nowej odsłonie, to coś co wciąga i sprawia, że dopiero co zaczyna się oglądać odcinek, a tu już dostajemy napisy końcowe. Złodziej czasu w tym najlepszym sensie.

Już w poprzednim sezonie twórcy pokazali, że jeśli chodzi o sceny akcji, to podchodzą do nich z największą estymą. I tak jest również w omawianej odsłonie, ponieważ po raz kolejny sekwencje walki doskonale łączą w sobie surowość i brutalność charakterystyczną dla serii z pełną widowiskowością superbohaterskiego widowiska. Nie za bardzo mogę wchodzić w szczegóły, aby nie spoilerować, jednak jest kilka sekwencji w drugim sezonie, po których szczęki trzeba szukać pod siedzeniem. Co najważniejsze jednak wspomniane sekwencje wynikają z czegoś w fabule, nie zapychają jej lub ukrywają pewne braki w historii. Mrok opowieści i świata przedstawionego doskonale przedstawia się w walce bohaterów i antagonistów.
Skoro już wspomniałem o samych postaciach, to skupiłbym się na kilku, które zwróciły moją uwagę w nowym sezonie. Bardzo ciekawą przemianę przechodzi tytułowy mściciel, który w końcu zaczyna szukać światła w mroku. Charlie Cox w drugim sezonie to już prawdziwy, nieoczekiwany lider, który nadal walczy ze swoimi demonami, ale powoli zaczyna je pokonywać. A finał odsłony zapowiada kontynuację jego historii inspirowaną bardzo dobrym runem komiksowym w kolejnym sezonie. Wygrywem serii jest również Bullseye, który przechodzi bardzo dobrą moralną sinusoidę w produkcji. Podobało mi się również w nowym sezonie jak Karen coraz bardziej zaczęła poddawać się mrokowi, ale z umiarem.

Vincent D'Onofrio to nadal klasa sama dla siebie. Jego Kingpin w nowym sezonie to postać, którą w pewnym momentach nie wiesz czy pocieszyć czy zatłuc kijem, a to tylko świadczy o jego wielowymiarowości. Zresztą cały sezon to tak naprawdę walka między nim a Mattem. Panowie doskonale się uzupełniają i każda scena ich konfrontacji to majstersztyk dialogowy i aktorski. Niezły gościnny występ zalicza Jessica Jones. Z nowych postaci Pan Charles grany przez Matthew Lillarda początkowo wydawał się kimś, kto będzie graczem w nowym sezonie, ale zrobił się z niego raczej rezerwowy.
Daredevil: Odrodzenie jest znakomity w swoim drugim sezonie, spójny, dobrze poprowadzony, ze świetnymi wątkami pobocznymi poszczególnych postaci. Mrok charakterystyczny dla serii działa doskonale. Jestem pewien, że nowa odsłona znajdzie się w mojej rocznej topce najlepszych seriali.