
Od razu zaznaczę, że Krzyk to moja ukochana seria horrorów albo slasherów, jeśli ktoś chce uściślić podgatunek. To chyba również jedyny cykl produkcji, w którego wtórności istnieje metoda, przyciągająca od lat kinomanów przed ekrany. Dlatego oczywiście pobiegłem na seans przedpremierowy nowej części. Niestety po obejrzeniu nowego filmu muszę po raz pierwszy napisać, że film z serii Krzyk mnie zawiódł. Nie znaczy to, że jest to absolutnie beznadziejna produkcja. Jednak jest w niej sporo gatunkowego gruzu, który przeszkadzał mi w bezproblemowym odbiorze omawianego horroru.
Przede wszystkim reżyser Kevin Williamson, który wcześniej był związany z serią jako scenarzysta pierwszych dwóch części, za bardzo skupił się na nostalgii. Tak chciał pokazać jak spoko była ta seria w poprzednich odsłonach, że zapomniał trochę skupić się na tu i teraz. Nostalgia wylewa się bowiem hektolitrami z nowej produkcji. W niektórych miejscach nie jest to złe, jak na przykład w pomyśle z wykorzystaniem dziedzictwa poprzednich Ghostface'ów, jak choćby w sekwencji z domu Stu Machera, która pojawiła się w zwiastunie. Jednak jest również wiele nietrafionych odniesień, które psują frajdę z obserwowania nowej historii. Przede wszystkim Williamson tak skupił się na postaci Sidney, że ani na moment nie zobaczyłem w Tatum, jej córce, bohaterki, która mogłaby pociągnąć tę serię w przyszłość. Były takie dwie aktorki, w których drzemał ogromny potencjał. Tak, mam na myśli Melissę Barrerę i Jennę Ortegę. Jednak jak wiadomo pewne zakulisowe perturbacje sprawiły, że postanowiono wrócić do korzeni, z pewnymi nowinkami. Niestety in minus.
Wyżej napisałem, że we wtórności Krzyku drzemie jego siła. Jednak najnowsza odsłona to pierwsza część, która skopała ten element. Williamson raz za razem sięga po sprawdzone tropy. Jednak w wielu momentach filmu są one tak wrzucone na siłę, że to aż boli. Najlepszym tego przykładem jest ponowna próba wejścia na poziom meta, który tak ładnie zadziałał w piątej części i był pewnym powiewem świeżości w serii. W tym wypadku rozkminy Mindy, granej przez Jasmin Savoy Brown, która stara się rozwiązać łamigłówkę, kto może być mordercą, są już raczej śmieszne, w ten żenujący sposób. Zresztą twórcy nawet nie mieli pomysłu na postacie Mindy i Chada, czy nawet Gale Weathers i zostali oni potraktowani wręcz w głupi sposób. Bohaterowie, którzy byli cool w poprzednich częściach, w najnowszej byli raczej meh.
Krzyk działa natomiast bardzo dobrze jako typowy slasher. Williamson i spółka mieli kilka bardzo ciekawych pomysłów realizacyjnych na to, jak Ghostface ma się pozbywać swoich ofiar. Sekwencje z teatru czy z baru są naprawdę dobre i trzymające w napięciu. Jako slasher film ma na siebie patent i daje radę pod względem makabryczności czy budowania suspensu, chociaż zdarzają się również przewidywalne jumpscare'y. Jednak jest w tym metoda i jako stricto horror o zabójcy ganiającym dzieciaki po miasteczku, nowy Krzyk wykonuje swoją robotę. Niestety mam jeden, bardzo duży problem z omawianą produkcją. Mianowicie w poprzednich częściach gdy twórcy wybierali, kto będzie ostatecznie Ghostfacem, to była w tym jakaś niezła motywacja, a antagoniści mieli jakiś wpływ na bohaterów. Jednak wybór twórców w nowym filmie jest tak bzdurny, żeby nie napisać po prostu głupi. Gdy dowiedziałem się, kto kryje się w produkcji za maską i jakie kierują tą osobą pobudki, to aż musiałem powstrzymać się przed śmiechem.
Jako wielki fan cyklu po obejrzeniu siódmej odsłony serii Krzyk czuje się oszukany. Wtórność, która była dziwną siłą napędową cyklu, w wypadku recenzowanej produkcji już trąci myszką. Slasherowo nieźle, ale wszystko inne, od wykorzystania postaci po motywacje zabójcy nie działa. Wielka szkoda i mój pierwszy, duży zawód w tym roku.