Spider-Man: Całkiem nowy dzień - recenzja filmu. Witaj nieznajomy

Do kin w końcu trafił film Spider-Man: Całkiem nowy dzień, czwarta odsłona przygód Pajączka pod banderą MCU. Oceniam bez spoilerów.

Spider-Man: Całkiem nowy dzień
fot. Sony/Marvel

Pajączek od MCU przekonywał mnie powoli. W Homecoming pierwszy raz poczułem jak przygody Spider-Mana są puzzlem w czymś większym aniżeli solowym filmem. Daleko od domu było naprawdę dobrym widowiskiem, a Bez drogi do domu sprawnie wykorzystywało fan serwis. Jednak oprócz drugiej części gdzieś brakowało mi tej autonomii. Teraz pojawił się Spider-Man: Całkiem nowy dzień i, nawiązując do tytułu, jest to nowe, bardzo dobre otwarcie dla bohatera w MCU. Przede wszystkim to najdojrzalsza produkcja aktorska ze Spider-Manem od czasu drugiego filmu z trylogii Tobeya Maguire'a.

Bo tak naprawdę gdyby zdjąć superbohaterski płaszcz z produkcji, to dostajemy naprawdę udaną opowieść o samotności, tęsknocie, szukaniu siebie w świecie. Wspomniana dojrzałość jest nie tylko na standardy MCU, ale spokojnie nowa historia o Pajączku mogłaby iść w szranki ze sporą ilością dzisiejszych dramatów. Spora w tym zasługa Toma Hollanda. Przy okazji wpisu o Odysei zaznaczyłem, że nie przepadam za aktorstwem Brytyjczyka, ale w filmie Nolana dał radę. W wypadku omawianego projektu mogę tylko potwierdzić te słowa. To jego najlepsza kreacja nie tylko w MCU, ale w ogóle w karierze.

Miło patrzy się jak trochę zagubiony na początku swojej superbohaterskiej drogi młodziak dojrzewa do roli gościa, który wzrusza, bawi i zachwyca pod względem warsztatu. Aktorska strona Hollanda w pełni odzwierciedla nowe widowisko MCU, gdy trzeba zachwyca rozmachem, w odpowiednim momentach szczerze bawi (sekwencja z Punisherem w szpitalu), a nie raz wyciska łzy (finałowe spotkanie Petera z Nedem). Jak tak patrzę to chyba definicja blockbustera kompletnego.

Chociaż nie da się ani na chwilę zapomnieć, że to superbohaterskie widowisko, ponieważ reżyser Destin Daniel Cretton potrafi w zapadające w pamięć sceny akcji i widać po nim stylistyczny zmysł. Sekwencja walki z Hulkiem, której część można było zobaczyć w zwiastunie, czy potyczka z The Hand, która również pojawiała się w materiałach, to sceny zrealizowane z kreatywnością i pomysłem. To samo tyczy się sekwencji z pościgiem za czołgiem, w którym widać inspirację momentem z pociągiem ze Spider-Mana 2. Cretton ma również ciekawe pomysły na ukazanie mocy Pajączka, a użycie pierwszoosobowego punktu widzenia do pokazania bujania się na pajęczynach po mieście, to strzał w dziesiątkę.

Trochę szkoda niewykorzystanych złoczyńców takich jak Tombstone czy Skorpion. Jednak to w pełni wynagradzają mi dwie rzeczy. Pierwsza z nich to perfekcyjnie pokazany bromance między Spider-Manem a Punisherem. Jest w tym jednocześnie coś miłego i chwytającego za serce, ale przy okazji mrocznego i szorstkiego. Na szczęście więcej tutaj światła. Franka w takiej wersji jeszcze nie widziałem, a chciałbym zobaczyć tego więcej. Holland i Bernthal w rolach Spider-Mana i Punishera bardzo dobrze, jednak cały film kradnie jedna osoba. Sadie Sink jest fantastyczna w swojej roli. Nie napiszę kogo gra, chociaż to już chyba nawet nie jest tajemnica. Nie będę jednak psuł ludziom zabawy. Jej rola jest przepełniona emocjami, w pewnych momentach cholernie demoniczna, ale w większości powodująca ból smutku w sercu. Wspaniała kreacja i cieszę się, że będzie jej więcej w MCU.

Thunderbolts* i Fantastyczna Czwórka były zwiastunami, że Kinowe Uniwersum Marvela wraca na odpowiednie tory pod względem jakości, ale Spider-Man: Całkiem nowy dzień to tego pełne potwierdzenie. To widowiskowy, świetnie zagrany blockbuster, który jednak wygrywa swoim ładunkiem emocjonalnym. Jak najbardziej polecam.

Ocena:
Podziel się

DODAJ KOMENTARZ

secretcats.pl - tworzenie stron internetowych