Wielka mała koza - recenzja filmu. Kosmiczny mecz w Zwierzogrodzie

Wielka mała koza to nowa animacja o koszykówce, której producentem jest sam Stephen Curry, jeden z najlepszych zawodników NBA. Oceniam produkcję.

Wielka mała koza
fot. Sony Pictures

Uwielbiam feel good movies. A jeszcze gdy opowiadają one o koszykówce, której jestem wielkim fanem, to praktycznie jestem kupiony. Chociaż nie będę ukrywał, że Wielka mała koza (minus dla dystrybutora za tłumaczenie świetnego tytułu) nie była oczekiwaną przeze mnie produkcją. Raczej podchodziłem do niej obojętnie. Natomiast po wyjściu z seansu nie wyobrażam sobie, żeby nie mogła powstać kontynuacja. Jeśli tak się stanie, sequel będzie jedną z moich najbardziej oczekiwanych produkcji kolejnych lat. Po prostu Wielka mała koza to znakomity film, nie tylko w gatunku animacji czy widowisk o koszykówce.

Może omawiana produkcja jest oparta na pewnych kliszach i popularnym w kinie od wielu lat schemacie historii od zera do bohatera. Jednak twórcy robią ze znanymi tropami tak bajeczną robotę, że dosłownie od razu zapomniałem o małej wtórności i wszedłem w historię. A ogląda się ją znakomicie. Ze znanych schematów wyciągnięto samo mięcho, opowieść jest bardzo dynamiczna, na ekranie dużo się dzieje i nie ma czasu na nudę. Co ciekawe mimo, że można się domyślić jak zakończy się produkcja, to i tak potrafi ona trzymać w napięciu. A do tego jeszcze w wielu miejscach można uronić łezkę, ponieważ twórcy oferują spory ładunek emocjonalny. Dlatego po wyjściu z kina poziom endorfin jest na bardzo wysokim poziomie i ma się poczucie obcowania z czymś naprawdę wyjątkowym.

Do tego świetnie przeszczepiono otoczkę i vibe NBA do historii o lidze koszykówki zwierząt. Wszystko, począwszy od wagi social mediów, na presji ciążącej na zawodnikach, to działało. Czułem jakbym oglądał wydarzenia związane z sezonem NBA a nie filmem animowanym. Widać, że Stephen Curry, który jest producentem i aktorem dubbingowym w omawianej produkcji, miał wiele do przekazania ze swojego doświadczenia, aby widz zżył się z bohaterami i odczuwał ich emocje. Do tego fani kosza odnajdą w niektórych postaciach ich odpowiedniki z rzeczywistości. Po obejrzeniu będziecie wiedzieć między innymi, dla którego z ekranowych zawodników inspiracją był Dennis Rodman. Zaznaczę jednak od razu, że nawet jeśli nie jesteście fanami koszykówki będziecie się znakomicie bawić, bo to świetna historia. Natomiast jeśli uwielbiacie basket to będziecie wniebowzięci.

Najmocniejszym elementem produkcji są jej postacie i relacje między nimi. Sposób ich napisania jest znakomity. Nieważne czy jest to główna postać Will, czy drugoplanowa żyrafa-koszykarz-raper Lenny czy jeszcze trzecioplanowy właściciel mieszkania, w którym mieszka nasza tytułowa koza. Wszystkie postacie mają w sobie to coś, co przyciąga przed ekran, bawi, wzrusza i daje sporo radości. Znakomicie wypada mentorsko-rywalizacyjna więź Jett Filmore i Willa. Zresztą sekwencja, w której spotykają się w barze, w którym pracował główny bohater to coś bardzo emocjonalnego. Jednak najlepiej wypadają sekwencje, gdy team naszego kozackiego koszykarza działa jako zespół, a wręcz rodzina. Ich wspólne sekwencje dały mi tyle frajdy, że zaraz po wyjściu z kina chciałem pójść na kolejny seans. A Modo to pokręcone serducho tego filmu. No ja uwielbiam gościa.

Wielka mała koza
fot. Sony Pictures

Wielka mała koza to w tym momencie moje największe pozytywne zaskoczenie roku i dla mnie murowany kandydat do Oscara za najlepszą animację 2027, chyba że Toy Story 5 odwali coś znakomitego. Zabawna, wzruszająca i dająca energetycznego kopa animacja ze znakomitymi postaciami (no uwielbiam Modo), którą chce się oglądać wiele razy. Już wiem, że znajdzie się w mojej topce najlepszych filmów na koniec roku.

Ocena:
Podziel się

DODAJ KOMENTARZ

secretcats.pl - tworzenie stron internetowych