
Wielki Marty to komediodramat sportowy, a przynajmniej tak jest promowany. Jest w tym zarówno prawda jak i kłamstwo. Josh Safdie, nazywany tym zdolniejszym z utalentowanego rodzeństwa, wziął na tapet dyscyplinę, której do tej pory próżno było szukać na kinowych czy telewizyjnych ekranach. Oczywiście z pewnymi wyjątkami (pozdro Forrest Gump). Przede wszystkim jednak z opowieści o mistrzu rakietki uczynił punkt wyjścia dla historii, która wymyka się prawie wszystkim ramom gatunku, jakim jest produkcja sportowa.
Jeśli chcecie wybrać się do kina ma Wielkiego Marty'ego i oczekujecie typowej opowieści biograficznej o sportowcu, będącą zobrazowaniem tezy od zera do bohatera, to popełnicie ogromny błąd. Przede wszystkim tam gdzie wielu twórców postanowiłoby wykorzystać ograne schematy, Safdie bawi się mitem o amerykańskim śnie. Przede wszystkim tenis stołowy to dla niego pretekst do poeksperymentowania w piaskownicy pełnej innych gatunków. Produkcja zaczyna się bowiem jak typowy dramat sportowy by za chwilę przejść w maraton perypetii głównego bohatera z pogranicza komedii, buddy movie, a nawet po trochu opowieści gangsterskiej. Sport jest w tym wypadku piękną klamrą spinającą historię o specyficznym, złożonym człowieku, który w pogoni za marzeniami bardzo się pogubił.
Przede wszystkim jednak Wielki Marty to znakomicie rozegrana narracyjnie produkcja z doskonałym tempem. Safdie ani na moment nie gubi rytmu snując swoją opowieść. Ba, w wielu miejscach potrafi tak trzymać widza w napięciu, jakbyśmy oglądali najlepszy thriller. I to co najciekawsze, nie dotyczy to tylko sekwencji meczów tenisa stołowego, jakby pewnie myślało wielu. Największe momenty napięcia są bowiem w tych momentach, gdy Marty zaczyna kombinować jak zrealizować swój wielki plan. Safdie wplata swojego bohatera w coraz dziwniejsze sytuacje i nie wiemy, co znajduje się za rogiem. Dosłownie można oglądać omawiany film na krawędzi fotela, tak reżyser potrafi trzymać odbiorcę za mordę.
Oczywiście wspomniane mecze tenisa stołowego to ważny element filmu i są one naprawdę znakomicie nakręcone. Zastanawiałem się jak ekipa poradzi sobie z tak specyficzną do realizacji dyscypliną sportową, gdzie akcje są błyskawiczne, czasem kibic nie może za nimi nadążyć. W tym wypadku udało się to oddać na ekranie. Dynamiczna praca kamery, montaż, użycie szerokiego planu, to wszystko składowe bardzo dobrze zrealizowanych sekwencji sportowych w filmie Safdiego. Normalnie aż chce się wziąć rakietkę, piłeczkę i poodbijać z ziomkiem przez stół.

W tej znakomitej filmowej koronie błyszczy najbardziej jeden diament. To Timothee Chalamet, świeżo upieczony zdobywca Złotego Globu, który śmiało, bez skrupułów kroczy po pierwszego Oscara. Po obejrzeniu Wielkiego Marty'ego mogę tylko stwierdzić, że w pełni zasługuje na statuetkę. Chalamet dzieli i rządzi na ekranie, potrafi oddać wielowymiarowość swojego bohatera. Przy tym czyni z miejscami absolutnie antypatycznego dupka postać, za którą chcemy podążać. Na drugim planie bardzo dobrze spisują się Gwyneth Paltrow, Kevin O'Leary i przede wszystkim Odessa A'Zion, której karierze będę się bacznie przyglądał. Jednak umówmy się, to produkcja Chalameta i jego przepustka do nagrody Akademii.
Wejście smoka sprawiło, że wszyscy chcieli uprawiać wschodnie sztuki walki, Kosmiczny mecz zaciągnął nas na koszykarskie parkiety, a Gambit królowej przed szachownice. Myślę, że Wielki Marty może wynieść tenis stołowy do miana popkulturowej dyscypliny. Przede wszystkim to jednak znakomita produkcja z mistrzowskim popisem Timothee Chalameta. Myślałem, że moim faworytem do zdobycia Oscara za najlepszy film będzie Jedna bitwa po drugiej. Jednak mam nowe pierwsze miejsce.