Władcy Wszechświata - recenzja filmu. Na potęgę dobrego blockbustera

Do kin w końcu trafiło widowisko Władcy Wszechświata z uniwersum kultowego He-Mana. Oceniam produkcję bez spoilerów.

Władcy Wszechświata
fot. Sony/Amazon MGM Studios

Będę z wami szczery, jak zawsze. Gdy ogłoszono powstanie Władców Wszechświata, zrobiłem tylko krzywą minę, bo nie sądziłem, że coś może wyjść z tego projektu. Przede wszystkim wydawało mi się, że uwielbiane przeze mnie uniwersum He-Mana nie ma prawa udać się w przekuciu na medium aktorskie, ze względu na swój mocno przerysowany charakter w choćby kreacji postaci. Jednak co ja tam wiem, to samo myślałem o One Piece, a teraz jestem największym fanem aktorskiej wersji od Netflixa. Po raz kolejny cieszę się, że się myliłem, bo Władcy Wszechświata to udany blockbuster, na którym dobrze się bawiłem.

Przede wszystkim recenzowany film nie próbuje być czymś więcej niż tylko i aż bezpretensjonalną rozrywką, po której można wyjść z kina z uśmiechem na ustach. Nie ma w widowisku żadnego fałszu i pretensjonalności. Jest czysta zabawa konwencją. Wyżej wspomniałem, że nie wierzyłem, że przerysowanie oryginału może wyjść na dobre w aktorskiej wersji. Otóż potrzeba było tak zdolnego reżysera jak Travis Knight, który potrafił wyciągnąć mięcho z tego przedziwnego świata, aby wszystko składało się do kupy. I twórca Kubo i dwie struny potrafił to zrobić. Dzięki niemu nawet tak porąbane postacie jak Mekaneck czy Fisto, wypadają w produkcji nieźle. Kampowa stylistyka w filmie nie boli, stanowi raczej plus dla rozrywkowego charakteru całości.

Przede wszystkim w tej produkcji widać serducho, jakie twórcy i obsada wrzucili w powstanie widowiska. Fabuła jest schematyczna i robiona na znanych kliszach, postacie przesadzone, żarty bywają suche. Jednak nie przeszkadzało mi to w żadnym momencie produkcji. Co najważniejsze film wypada niezamierzenie zabawnie, ale myślę, że było to jak najbardziej zamierzone. Szczególnie dobrze wypada to w postaci Szkieletora (humor, nie sam antagonista), gdzie na początku myślałem, że to standardowy, pretensjonalny złol. Jednak w scenie, gdzie pompatyczność antagonisty zabiłaby całą sekwencję, twórcy ładują żartem, który rozładowuje całą sytuację. Wiele żartów wydaje się wrzuconych na siłę, ale o dziwo, działają. Chociaż nie ukrywam, że samej postaci Szkieletora ze zmienionym głosem Jareda Leto nie za bardzo kupuję. Bez poczucia humoru twórców byłby chorobliwie bezbarwny. Doładowanie humorem sprawiło, że jest po prostu poprawny.

Natomiast Adam w wykonaniu Nicholasa Galitzine to inna para kaloszy. Jego kreacja jest wręcz idealna na dzisiejsze czasy, przy okazji wyśmiewając dzisiejsze czasy. Jednym z najlepszych momentów, jeśli chodzi o humor, jest wrzucenie Adama ze świata korporacji i poprawności politycznej do świata Eterni. Zamiast walki, mamy rozmowę o emocjach, zamiast narady wojennej, symulację strategii zespołu. Te korpo-przebicia na uniwersum fantasy wypadają dobrze. Powaga mogłaby tylko zaszkodzić głównemu bohaterowi. Natomiast ta lekkość podania wypadała dobrze.

Masters of the Universe/Włądcy Wszechświata
fot. Amazon MGM Studios

Niestety pokłady zmarnowanego talentu widzę na drugim planie. O Szkieletorze już pisałem, choć ostatnie decyzje Jareda Leto nie pokazują, że to gość z Oscarem na koncie. Camila Mendes została wbita w schemat ziomalki-pomocniczki głównego bohatera, z którego nie może wyjść. Idris Elba, który w każdej produkcji swoimi kreacjami podnosi poziom, w tym wypadku gdzieś snuje się na drugim planie, choć wyciska ile może z kreacji. Alison Brie, bardzo zdolna aktorka, przede wszystkim komediowa, nie dostaje żadnej zabawnej kwestii, tylko ciągle pozuje na tę złą. Można było więcej wycisnąć z takiej obsady.

Władcy Wszechświata to film, który nie próbuje zostać klasykiem lub robionym na siłę hitem. Wywiązuje się w pełni ze swojego zadania, daje rozrywkę na całkiem niezłym poziomie. W tym kampowym szaleństwie Travis Knight znalazł metodę i poskładaj ją w sensowny produkt.

Ocena:
Podziel się

DODAJ KOMENTARZ

secretcats.pl - tworzenie stron internetowych