
Seria Toy Story zawsze będzie miała szczególne miejsce w moim sercu. Seans drugiej odsłony cyklu był moją pierwszą wizytą w kinie za dzieciaka. Pierwsze trzy filmy to majstersztyk, czwarty był gorszy od innych, ale nadal bardzo dobry. Teraz przyszła pora na piątą odsłonę. Po obejrzeniu jej stwierdzam, że na pewno nie przebije, ani nawet nie zrówna się z produkcjami składającymi się na trylogię. Jednak nadal film trzyma świetny poziom całej serii, chyba jedynej w historii, która nie doczekała się słabszej części. Nadal w nowym projekcie widać tę dziecięcą frajdę z robienia czegoś ciekawego.
Bowiem dziecięca frajda to określenia, które najlepiej opisuje omawianą animację. Jest w tym filmie rodzaj uroku, że w trakcie oglądania aż człowiek przypomina sobie czasy dzieciństwa, gdy wszystko było łatwe i przyjemne, a największy problem był wtedy, gdy mama wołała do domu i trzeba było skończyć zabawę na podwórku (czy tam na polu, jak ktoś z Krakowa czyta). Toy Story zawsze urzekało mnie swoim klimatem, który otulał jak ciepły koc i twórcy nie stracili na wrażliwości, nadal dowożą, aby seans był łatwy, dawał sporo radości i sprawiał, że do filmu chce się wrócić jeszcze nie raz. Ja na pewno powtórzę sobie seans, nie wiem czy w kinie, ale jak już animacja wyjdzie w streamingu, to na pewno.
Jednak w tej frajdzie twórcy na czele z Andrew Stantonem zderzają beztroskę i czystą kreatywną zabawę z grubszym tematem, mianowicie odejściem w stronę elektroniki, zanikaniem więzi społecznych czy nawet hejtem ze strony rówieśników. Są to niezwykle trudne motywy do podania w animacji pod płaszczem rozrywki i komedii. Z jednej strony nie można popaść w za mroczne rejony, a z drugiej zbyt infantylne podanie może tylko zaszkodzić sprawie. Na szczęście w tym wypadku zrobiono to z ogromną estymą. Poważne tematy wchodzą gładko, zostają z człowiekiem po obejrzeniu, rozkmina nad nimi nie znika. Myślę, że przebodźcowane w dzisiejszych czasach dzieciaki złapią clue przekazu w filmie i może następnym razem zastanowią się czy scrolować memy na tablecie czy wyjść i zagrać w gałę. Toy Story 5 pod tym względem to film bardzo potrzebny. Podejrzewam, że zamiast wydawać miliony na kampanie społeczne w mediach, lepszy skutek wywoła puszczenie klas na animację do kina. Więcej zostanie w głowie dzieciaków po takim seansie.
Przyznam, że na początku filmu miałem problem, gdy zobaczyłem, że ciężar trzymania produkcji na swoich barkach przerzucono na Jessie. Jako sidekick Chudego i Buzza była znakomita, ale miałem obawę, co się stanie, gdy dostanie dużo więcej czasu na ekranie. Okazuje się, że decyzja opłaciła się, bo do serii dostał się powiew świeżego powietrza ze zmianą perspektywy, a i wątek Jessie był naprawdę dobrze napisany, a w pewnych momentach nawet bardzo wzruszający. Oczywiście to nie oznacza, że Chudy i Buzz odstają. To nadal najważniejsze postaci w serii i obserwowanie ich przekomarzań rodem z pierwszego filmu to był miód na moje serce.

Z nowych postaci wyróżniłbym trzy elektroniczne zabawki, które na swojej drodze spotyka Jessie. Pierre Papier to kozak i złodziej scen, a Focia i Atlas stanowią jego idealne dopełnienie. Tu rzucą żartem, tam ripostą, wszystko podane w punkt. Mam problem z nominalnym złolem filmu czyli Lilypad. Jej wątek jest niezły, ale po zwiastunach spodziewałem się czegoś o wiele więcej, na poziomie Misia Tulisia z trzeciej części. Skończyło się bardziej na poziomie mało ciekawej Gabi Gabi z czwartej odsłony. Natomiast armia Buzzów Astrali, którą można było zobaczyć w zwiastunach, to strzał w dziesiątkę. Na początek ich wątek wydaje się wyrwany z kontekstu, ale później bardzo dobrze przeplata się z główną intrygą.
Toy Story 5 to bardzo dobry, przyjemny, ale i bardzo potrzebny film, który może wywrzeć pewien wpływ społeczny. Dostałem to, czego oczekiwałem od serii, rozrywki z mocnym emocjonalnym ładunkiem.